|
|
|||||
|
nieuzasadnionego "przywileju" fizycznego, albo nazbyt urodziwej małżonki (dwa ostatnie przykłady wziąłem z pewnego mizantropijnego opowiadania Kurta Yonneguta - są do pomyślenia, a więc, niestety, także do zrobienia).
Manipulacja językiem, do jakiej z ochotą ruszają zwolennicy political corectness, bojownicy mniejszości seksualnych, czy powodowani wrażliwością na wszelkie inne kulturowe represje wychowawcy swoich ciemnych plemion, unieważnia granice pomiędzy neutralnym światopoglądowo państwem -obszarem politycznych procedur, a przedpolitycznymi wspólnotami w rodzaju kościołów, szkoły, rodziny itp. Ideologiczna manipulacja językiem unieważnia marzenie o "ustroju mieszanym", które sam Ryszard Legutko w ślad za Platonem i Arystotelesem przedstawia jako mechanizm umożliwiający łagodzenie paradoksu wynikającego ze starcia siły prawdy z wrażliwą konstrukcją "społeczeństwa otwartego".
Dlaczego unieważnia? Otóż bowiem zarówno "neutralne światopoglądowo" procedury państwa jak też wspólnoty przedpolityczne istnieją w jednym i tym samym uniwersum języka, w obrębie oddziaływania tych samych pojęć ogólnych: "człowieka", "sprawiedliwości", "wolności", "rodziny", "dobra". Jak przyznała niedawno na łamach "Ex-Librisu" Kinga Dunin (osoba z racji swojej gwałtownej fascynacji ideologiami współczesności dosyć w tym temacie zorientowana), teoretycy political corectness nie są bynajmniej zwolennikami przestrzegania neutralności światopoglądowej, ale manipulują językiem w imię realizacji wyrazistej ideologii, (ideologię tą Kinga Dunin nazwała, nie bardzo wiedzieć czemu, liberalizmem, podczas gdy zarówno stojące u podstaw political corectness przekonanie, że język jest narzędziem sprawowania władzy i realizowania interesów grupowych, jak też zapał w kierunku wyzwalania współplemieńców z wszelkiego rodzaju kulturowej opresji, są elementami konstytutywnymi tradycji marksistowskiej).
Zatem ideolodzy manipulujący znaczeniami pojęć ogólnych podejmują walkę o opanowanie całej przestrzeni cywilizacji obejmującej zarówno obszar polityczny jak i przedpolityczny. Triumfatorzy tej walki będą mogli zupełnie swobodnie skazywać księży katolickich nie chcących udzielać ślubów parom homoseksualnym. Po skutecznej i zapisanej w konstytucji reinterpretacji pojąć "rodzina" i "małżeństwo" odmowa księży będzie stanowiła aktywną dyskryminację homoseksualistów, której państwo będzie musiało się przeciwstawić z całą swoją mocą. Będzie można także skazywać rodziców wymierzających swoim dzieciom klapsy, albo zakazujących im oglądać nocny seans "Urodzonych morderców" Olivera Stone'a. Po zapisanej w kodeksie karnym reinterpretacji pojęcia ogólnego "praw obywatelskich" i rozciągnięciu ich na nastolatków, takie zachowanie rodziców będzie aktywną dyskryminacją, której państwo nie będzie mogło tolerować.
Co z tego, że po zwycięstwie political corectness na poziomie konstytucji i kodeksu karnego Kinga Dunin nie będzie chciała skazywać księży, rodziców i prawicowych felietonistów (nawoływanie do dyskryminacji)? Ona będzie to musiała robić, tak jak musiały to robić przed nią jej sowieckie, hiszpańskie, albo berlińskie poprzedniczki. Taka będzie bowiem logika języka zawłaszczonego przez ideologię, języka, który nic sobie nie będzie robił z arystotelesowskiego pomysłu ustroju mieszanego, z konserwatywnego pomysłu autonomii społeczności przedpolitycznych, ze wszystkich tych białych/maczystowskich pomysłów starających się ocalić istnienie
|
demokratycznego, "półotwartego" rynku idei (jego struktura jest rzeczywiście wyznaczana przez pojęcia ogólne dominującego języka, przekazanego nam w spadku zapewne nie przez czarną pramatkę, ale przez nieco śniadego praojca), na którym mogą konkurować i polemizować ze sobą "półzamknięte" przedpolityczne wspólnoty rodzin, kościołów, czy drużyn skautowskich.
Zbyt pewna siebie, a może nie dość przewidująca zwolenniczka ideologicznej reinterpretacji pojęć ogólnych, pani Kinga Dunin nie wie jednak, że zachęcając do ideologicznej manipulacji językiem otwiera szeroką jak trakt kijowski drogę do totalnej wojny cywilizacyjnej o wszystko (bowiem język definiuje nawet naszą najintymniejszą prywatność), w której światli wychowawcy nierozgarniętych ludzkich plemion (nawet wsparci siłą Fundacji Batorego i "Gazety Wyborczej", którym nie oparła się, niegdyś centrowa, Unia Wolności) mogą ponieść totalną klęskę. Zachęcam do spojrzenia na dzień dzisiejszy Iranu czy Algierii, gdzie niegdyś ucywilizowany przez amerykańskich demokratów Szach i ucywilizowani na moskiewskim Uniwersytecie im. Lumumby algierscy socjaliści rozpoczęli przebudowę całego języka umiarkowanych islamskich społeczeństw. Próba ideologicznej przebudowy całego uniwersum języka zaowocowała reakcją, także obejmującą całą przestrzeń języka -fundamentalizmem. Nie życzę Kindze Dunin dożywania emerytury w kwefie, nie życzę jej także wyroku śmierci za feminizujący felieton o Matce Boskiej, dlatego też nie życzę jej dalszej ekspansji political corectness w USA, Polsce ani gdziekolwiek indziej.
Zdanie - tam gdzie nie ma prawdy, tam rządzi sita - ma ogromne znaczenie formacyjne. Rozumiejąc to zdanie, jesteśmy w stanie przewidzieć nieszczęśliwe dla języka konsekwencje demokracji czysto proceduralnej, a nie nastawionej na łagodzenie sprzeczności wynikających z realizowania wartości nie przez • procedury demokratyczne ale przez "prawdę" wyznaczonych. Rozumiejąc to zdanie, przeciwnik marksizujących ideologii współczesności uświadamia sobie, że nie jest wyłącznie mizantropijnym estetą wzdychającym do utraconego piękna homeryckich wersów i utraconej harmonii zhierarchizowanej struktury sacrum i profanum, ale jest strażnikiem podstaw ładu etycznego, jest rzeczywistym obrońcą słabszych i ciemiężonych oraz takich, którzy mogą się stać słabszymi i ciemiężonymi w wyniku odrzucenia w jakimś momencie normatywnej prawdy przez większość społeczeństwa.
Rozumiejąc zdanie - tam gdzie nie ma prawdy, tam rządzi siła -jesteśmy nawet w stanie odrzucić ostatni lewacki argument przeciwko prawdzie jako podstawie ładu społecznego, to znaczy absolutnie fałszywą interpretację doświadczenia XX-wiecznych totalitaryzmów. Czy agresja brunatnych pałkarzy pojawiających się w jednej z ostatnich sekwencji filmu Boba Fosse'a "Kabaret" jest konsekwencją pojawienia się w ich życiu jakiejś jednoznacznej prawdy, czy może raczej konsekwencją skrajnego braku prawdy republiki weimarskiej, braku zakorzenienia jej społecznego systemu w systemie wartości uznanych i zaakceptowanych przez naród niemiecki, braku zauważanego nawet przez Waltera Rathenau, jednego z najbardziej heroicznych budowniczych weimarskiej demokracji.
Herman Raushning - świadek wiarygodny, jako że obserwujący nazizm zarówno od wewnątrz - jako wysoki partyjny urzędnik, jak też z zewnątrz - jako antynazistowski emigrant, zdefiniował współczesne totalitaryzmy jako "rewolucje
|
||||
|
|
|||||
|
242
|
FRONDA WIOSNA/LATO 1995
|
FRONDA WIOSNA / LATO 1995
|
243
|
||
|
|
|||||