|
|
|||||
|
MAREKMILLER
POCHWAŁA DEWOCJI
Kiedy zacząłem studia, przestałem chodzić na religię. Coś się ze mną stato, coś mnie mierziło. Atmosfera i forma akademickich spotkań w mojej parafii wydała mi się wówczas nie do zaakceptowania. Irytowało mnie bez miary to przytakiwanie księdzu, ta ugrzecznioność i kulturalność akademików. Pizdryctwo i fryzierstwo, myślałem o moich kolegach. Dziewice konsystorskie, myślałem o moich koleżankach. Zapuszczałem właśnie długie włosy i słuchałem Janis Joplin, co mnie mogła obchodzić "niedzielna szkółka" w mojej parafii. Nie umiałem tego nigdy precyzyjnie określić, ale zawsze to mocno odczuwałem, ową nieokreśloną bliżej atmosferę "różańcowego kółka". To coś, co tak sugestywnie i intensywnie oddał Mikołaj Grabowski w swojej adaptacji "Opisu obyczajów" Kitowicza. Te sodalicje mariańskie, te kółka różańcowe, te miny, to namaszczenie, to dewocyjne rozmodlenie... ta nasza polszczyzna parafiańszczyzna, to całe nasze nieszczęście i zapuszczenie. Nienawidziłem serdecznie tych wszystkich kościelnych, ministrantów, milicji maryjnych i tych wszystkich, co w Boże Ciało nieśli sztandary. Byli dla mnie synonimem obłudy, zakłamania - czuć było od nich dewocją i śmierdziało kruchtą. Wydawali mi się osobnikami bez jaj i bez życia, jacyś wysterylizowani i wyspermieni. Jednym słowem, coś okropnego.
Potem minęły lata, i aż tu nagle wylądowałem w stanie wojennym na mszy świętej o 7 rano. Kościół był prawie pusty i tonął w spokoju. Snop słonecznego światła sączył się na ołtarz poprzez witraże. Łysy jak kolano, stupięćdziesięcioletni proboszcz trzęsącym się głosem mówił o tym, jak trudno będzie bogatym wejść do Królestwa Niebieskiego. Mówił to z przejęciem człowieka biednego, ubogiego i znającego niedostatek. Mówił to za siebie i w imieniu tych wszystkich biednych, tych, którym będzie łatwo przekraczać bramy niebios. Wznosił oczy ku górze i rozmawiał z Panem Bogiem. W tym pustym prawie kościele toczył się niewidzialny dialog. Stupięćdziesięcioletni proboszcz był już bardziej TAM niż TU. Nikt zresztą nie zwracał na niego uwagi. Dwóch smarkaczy ministrantów kopało się w kostki, połowa staruszek drzemała, a druga połowa międliła paciorki różańców poruszając monotonnie ustami. Patrzyłem w ich twarze, umęczone życiem i poorane zmarszczkami ludzkie maski. Napisałem maski, ale wtedy, o tej 7 rano, zobaczyłem, że to wszystko nieprawda. Gdybym wiedział, o co się tak żarliwie modlą, co chcą wyprosić, za co przebłagać? Jakie grzechy są istotne, gdy ma się 75 lat? Na czym człowiekowi zależy, gdy przekracza osiemdziesiątkę? Czy to tylko lęk przed nieuchronnie zbliżającą się śmiercią każe im się tu gromadzić? Ludzie starzy, powiedział Roman Polański, interesują mnie coraz bardziej, ponieważ wiedzą coś, czego ja jeszcze nie wiem. Gdybym znał modlitwy dewotek, gdybym nie do formy w swoim życiu zmierzał, a do istoty rzeczy, kim bym był dzisiaj? Czułem, jak w tym pustym prawie kościele (gdzie ksiądz rozmawia z Bogiem, ministranci kopią się w kostki, a dewotki śpią lub mamroczą różaniec) przepływa życie. To tylko ja stałem tu wyspermiony i wysterylizowany. Gdybym wiedział, o co modlą się dewotki i za jakie grzechy przepraszają, może zostałbym pisarzem -myślałem. Może bym zobaczył, jak Pan Bóg rozgarnia chmury, schodzi po snopie światła do kościoła i przytula księdza proboszcza...
|
ANDRZEJ SOSNOWSKI
STANCJE (fragment)
Żegnaliśmy bohatera, kiedy szedł na spacer
żegnając się z powieścią, ale bez powieści cóż po bohaterze? Ktoś staje nagle za mną i dłonią zasłania mi oczy, ale chwilę temu zdołałem jeszcze dostrzec brzask cienia na szybie i to było jak skrzydło nasuwającej się nocy, nieboskłon zmierzchu, blacha szarej fali złamana o krawędź plaży na skraju Europy gdy leci się od Atlantyku i czeka na ląd i widzi się go nocą w skrzydle samolotu. Czemu się nie zbliża? Ta utrata gruntu przeciąga piruet ponad senną miarę i tętno przez palce sypie się jak piasek, i brwi wilgotnieją pod strużkami p,otu. Dlaczego bez słowa? Brzeg może poczekać ale ten duch, ta zjawa, której palce takie są lekkie, chłodne i nieprzeniknione, że aż- chce się płakać? Łzy są nie na miejscu pod dotykiem cienia, więc w oczy zapada muśnięcie skrzydła, czoło martwej fali.
Jeżeli jesteś uczony, przemów doń i powiedz
że w szkole uczyli pór roku, faz księżyca,
że wymagali od nas migracji niemych ptaków
jakby wiatr w oczach i wiatr w parasolu
miał nieść nas przez kraj jak hejnał
z kościoła prosto w niemą przyszłość, l co
rozmieniło nas na słowa? Bo po paru latach
byłeś już jak eratyk, dryfter, albo inne rzeczy
rzadko na ustach, lecz serio, l twoje słońce
odeszło w inną stronę, moje zmieniło bieg,
dni popłynęły szybciej i nasze postoje
takie były zdawkowe, tak senne stanice,
że zakątek tamtego lata w okularze lornetki,
zresztą nieważne. Tylko grubymi nićmi szyte
sny na rozjazdach i wszystko nagrane
jakby demon na drezynie, o włos zawsze szybszy
śmiejąc się w kołnierzyk nastawiał zwrotnice
kierując nas na magistralę. Więc jednak
zemdlałeś na szynach? Lecz nawet za dnia
dość masz zmiennego światła w pędzących sleepingach,
żeby pisać przypisy, u spodu dnia, wczesną nocą raczej
niż na końcu książki, gdy siadasz z uśmiechem
kogoś kto zdał już wiosnę, choć z ciemnego lata
nieoczekiwanie chcieli go wykreślić
|
||||
|
|
|||||
|
ee
|
FRONDA WIOSNA / LATO 1995
|
FRONDA WIOSNA / LATO 1995
|
89
|
||
|
|
|||||