"run" na uniwersytety z początkiem wezwań do wojska (college okazywał się miejscem przyjemniejszym niż, dajmy na to, Da Nang czy My Lai) - i okazało się wówczas, że uczelnie nie są przygotowane na taki zalew studentów. Zaczęto przyjmować "nauczycieli", których w innej sytuacji by nie zatrudniono.
Lata 60. były też czasem niepokoju społecznego w Ameryce. Były również okresem kontrkultury, która atakowała tradycyjne konserwatywno-liberalne wartości "społeczeństwa mieszczańskiego". Wówczas to, podczas wieców, strajków i manifestacji, studenci wywalczyli sobie wiele obowiązujących do dziś praw: obniżenie poprzeczek wstępu, wolny wybór przedmiotów, kursów oraz większy wpływ na politykę uniwersytetów. To, co się dzieje obecnie na amerykańskich uczelniach, jest więc w ogromnym stopniu wynikiem działania tych, których zwykliśmy dziś nazywać "pokoleniem 1968".
Jerzy Ziólkowski
(śródtytuły od redakcji)

PAWEŁ LISICKI
MIASTO
Cesarstwo nasze należało bez wątpienia do najszczęśliwszych pod słońcem. Całymi dniami i całymi nocami mógłbym opowiadać o jego wspaniałościach, o niezwykłych urządzeniach i doskonałościach, a i tak, mimo wszelkiego wysiłku i trudu, nigdy przecież nie oddałbym pełni prawdy. Jak bardzo byłem wdzięczny losowi, że tu właśnie przyszedłem na świat. Mogłem się przecież urodzić w którymś z tych barbarzyńskich okresów w dziejach, gdy nasze cesarskie miasto nie obejmowało w sobie jeszcze całego świata, gdy musiało staczać nieustanne wojny, gdy zewsząd groził nieprzyjaciel a mieszkańców szkolono nie tylko do używania życia, ale do znoszenia nieprzewidzianej śmierci, co samo w sobie wydaje mi się już niegodne wolnego człowieka. Podobnie jak wszyscy moi przodkowie wiernie służyłem miastu: jego dobro było moim, a moje jego. Od wieków zaliczaliśmy się do elity cesarstwa, do tych, których wszystek wysiłek i moc oddane były na służbę jego przetrwaniu i powodzeniu. Dziękowałem memu ojcu, że mnie spłodził, i matce, iż wydała mnie na świat; naszym filozofom, że nauczyli mnie patrzeć na życie ze spokojem i ufnością, naszemu cesarzowi, że tak dostojnie reprezentował państwo; roztropności naszych polityków, którzy poszerzyli bez końca granice niegdyś jednego z wielu zwalczających się imperiów, że potrafili dbać zarówno o zachowanie porządku, jak też należnej nam swobody; naszym kapłanom, że nigdy nie wymagali od nas zbyt wiele i że podporządkowali swych bogów miastu, nie łudząc nas próżnymi i błahymi nadziejami; wszystkim tym, którzy pozostaną w pamięci miasta broniąc go i rozwijając i troszcząc się o nie. Moja duma nie znała granic, gdy każdego dnia udawałem się na dwór: oto zbudowaliśmy to, co pozostawało zawsze niespełnionym marzeniem wszystkich innych ludów.
Mieszkańcy naszego miasta nie oczekiwali próżnych pociech po śmierci, nie kierowali swego wzroku poza to, co dostrzegalne i co za takie uznane zostało przez nas, elitę cesarstwa. W tym życiu widzieli swoje radości i smutki, z nim wiązali nadzieję na poprawę swego losu, w nim zawierał się sens ich trudu: ich przeszłość została zachowana w pamięci miasta, ich teraźniejszość mu służyła, ich przyszłość była w końcu tylko prostą kontynuacją dotychczasowej aktywności. A mimo to, nasza władza, władza elity, wcale nie była okrutna. Nie była też skierowana przeciw wolności jednostek. Wszystkim zapewnialiśmy pełnię swobody, byle tylko nikt nie podważał jednej niewzruszonej zasady: nie ma nic poza miastem, a wszystko co jest, musi być do niego włączone. Na tym polegała właśnie mądrość naszych wielkich władców i mędrców. Wiedzieli, że tylko jeśli miasto obejmie w sobie wszystko, jeśli wchłonie w siebie inne państwa, i ogarnie całą pamięć ludzi, ich troski, radości, oczekiwania, myślenie i ocenianie, jeśli przyjmie w siebie zjawiska najodleglejsze od naszej planety i zarazem jej najbliższe, wtedy dopiero i tylko wtedy, stanie się miastem iście nieśmiertelnym, nie z nazwy tylko, ale z istoty, chciałoby się rzec miastem, nad którym nigdy nie zachodzi słońce. Byliśmy panami nazw nadawanych rzeczom, bo poznaliśmy, iż ten, kto panuje nad językiem, ma władzę nad wszystkim. Nic nie było poza granicami murów
52
FRONDA WIOSNA / LATO 1995
FRONDA WIOSNA / LATO 1995
53